Daleka jestem od przekonania, że koronawirus to kara Boska dla ludzkości, jednakże denerwuje mnie lekceważenie tego znaku, jaki – niewątpliwie – daje nam Pan Bóg. Przecież wszystko, co się dzieje, powinno być dla nas słowami Boga, dlaczego zatem nie wirus? Tak. Wirus jest dla nas znakiem, potężnym znakiem, gdyż danym, po raz pierwszy w dziejach, całej ludzkości, gdyż – po raz pierwszy w dziejach – sytuacja dotyczy w takim samym stopniu mieszkańców całej naszej planety. To zatem znak dla całej ludzkości, dla wszystkich ludzi żyjących dziś na naszej matce Ziemi.
Co jednak mówi nam ten znak? Co pokazuje? Czego uczy? Przed czym ostrzega?
Tego rodzaju sytuacje katastrofy, klęski zawsze były traktowane przez wierzących jako ostrzeżenie dane nam przez Boga, jako potężny impuls do przemiany i nawrócenia. Wystarczy przywołać historię Izraela, który w okresach klęsk i upadków nawracał się i błagał Boga o przebaczenie grzechów. Spadały na nas bowiem zwykle skutki naszych grzechów, a widząc to, ci, którzy rzeczywiście widzieli, wzywali do opamiętania i nawrócenia swój naród. Przykładem może być historia Jeremiasza i jego przepowiadanie w obliczu zbliżającej się utraty niepodległości Izraela, a także sam Jezus ostrzegający po upadku wieży, że „jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.
Znak koronawirusa daje nam kilka istotnych wskazówek: część z nich to ciągle te same, odwieczne prawdy, zawsze zapominane przez kolejne pokolenia; część dotyczy zupełnie nowych problemów, które pojawiły się stosunkowo niedawno na naszej planecie.
Zauważmy najpierw, czego pozbawił nas ten wirus? Co nam odebrał? Czego nie mamy, siedząc w domach na kwarantannie? Niewątpliwie – rozrywki, licznych, ukochanych przez nas rozrywek. Rozrywki biegania po galeriach, rozrywki przesiadywania w kafejkach i restauracjach, rozrywek związanych z wypadami za miasto, z wycieczkami i imprezami sportowymi…
Zarażenie się ludzi na meczu we Włoszech, po którym to zdarzeniu rozpętała się pandemia na północy, czy przywożenie wirusa przez mieszkańców Europy wracających z wypadów w Alpach – to znaczące wydarzenia. Rozrywka, rozrywki, zabawa – stały się istotą naszego życia, a – jak widać aktualnie – są czymś naprawdę mało znaczącym, dodatkiem, bez którego spokojnie możemy się obyć, w przeciwieństwie do żywności czy dostępu do lekarza choćby. Zdziecinnienie ludzkości, czy może głównie mieszkańców krajów wysoko rozwiniętych i bogatych, dochodzi ostatnio do absurdu: wszechobecna zabawa stanowi najważniejszą część życia, cel naszych dążeń i istotę naszej codziennej egzystencji. Jesteśmy jak dzieci, które ciągle muszą się bawić. Życie stało się mdłe i głupie, przemija w odurzeniu ciągle nowymi rozrywkami: od imprezy do wyjścia do kina, od wypadu w góry do wycieczki zagranicznej, od meczu do spektaklu, od gry do serialu, od zabawy w domu do zabawy w sport. Do tego dążymy i tego pragniemy, na to zarabiamy…
Tego wszystkiego (może poza telewizją, która jednak teraz przydaje się także jako źródło informacji) pozbawił nas wirus, i – jak widać – żyjemy, nie umieramy z powodu braku rozrywki, mamy się całkiem dobrze. Rozrywka jest nam teraz niepotrzebna, na pewno rozumiemy to wszyscy, martwiąc się o byt i życie nasze i naszych rodzin. Rozrywka powinna stanowić niewielką część życia, a nie jego istotę. Nie można żyć dla przyjemności, lepiej nie przytaczać tego, co mówił o takich postawach Arystoteles parę tysięcy lat temu; lepiej także nie zestawiać naszego stylu życia z zaproponowanym przez samego Jezusa, można spalić się ze wstydu i nawet wystraszyć, czytając choćby przypowieść o bogaczu (który dzień i noc dobrze się bawił) i Łazarzu – biedaku niezauważanym przez niego uporczywie, pomimo permanentnej obecności u bram pałacu. Człowiek nie rodzi się po to, by się bawić, jeździć na wycieczki, uprawiać sport czy realizować swoje pasje, lecz po to, by spotkać Boga i swoją duszę, a jeśli ktoś w to nie wierzy – po to, by zrozumieć siebie, świat i innych. Życie to nie zabawa, lecz trud i wysiłek, a czasem dramat, jak widać teraz. Nie można żyć w złudzeniach i oparach półświadomości, biorąc za życie to, czym tak naprawdę ono nie jest.
Zobaczmy teraz, co dał nam ten wirus?
Błękitne niebo nad Wuhan, czyste powietrze, brak smogu, kozy i dziki pasące się w mieście, bocian lecący nad Wrocławiem. Ale nie tylko to. Więzi, relacje z najbliższymi, docenienie życia i prostych przyjemności jak choćby spacer, dostrzeżenie, co naprawdę ma wartość: życie, zdrowie, więzi, natura, ratowanie życia, poświęcanie się dla innych….Dobrze widzimy, co jest ważne i co lekceważyliśmy do tej pory, biegając za rozrywkami, pieniędzmi i pozycją.
Wystarczyło kilka tygodni, by nasza Ziemia odetchnęła, mam nadzieję, że ekolodzy prowadzą odpowiednie badania, które wykorzystają wkrótce, by ukazać politykom właściwy kierunek działania. Ten wirus mówi nam jedno – zarówno w naszym indywidualnym życiu, jeśli chodzi o nasze indywidualne systemy wartości, jak i w skali całej planety – tak dalej być nie może! Konsumpcjonizm i dalsze nakręcanie produkcji doprowadzi naszą planetę do upadku. Milion zwierząt zabitych w ostatnich pożarach w Australii mówi to jasno. Musi być inna droga rozwoju dla ludzkości niż nieograniczona konsumpcja oparta na chciwości i żądzy przyjemności. Bo ta ścieżka doprowadzi do klęski: mojej indywidualnej w skali mojego życia, jaki i szerszej – do klęski naszej cywilizacji. Zwiększająca się wciąż konsumpcja jako propozycja rozwoju i dobrobytu dla ludzkości skończy się pożarami i klęską głodu, śmiercią tysięcy, a może milionów. Będziemy błagać o życie, my, którym się zdawało, że nie umrzemy nigdy i panujemy nad światem…
„Chciwość i żądza złota wszystko pochłonęły” – tak mówi bohaterka „Opowieści wigilijnej” do Scrooge’a, który wybiera drogę chciwości, odrzucając miłość. Chciwość i nieopanowana żądza przyjemności leży u podłoża naszych problemów. Pycha tego życia, która musi pokazać innym, że są niczym, wtedy dopiero czuje się dobrze. Błędne idee i koncepcje gospodarcze, jak konsumpcjonizm, wyrastają na glebie chciwości, chciwości wielkich tego świata i chciwości zwykłych ludzi.
Czy naprawdę muszę, mieszkając w mieście, jeździć do pracy samochodem, nie mogę użyć roweru? Czy naprawdę muszę latać samolotami na wycieczki zagraniczne, przecież wiem dobrze, jak obciąża to naszą planetę. Czy muszę mieć więcej i więcej? Czy naprawdę nie potrafię żyć z umiarem, licząc się z możliwościami naszej planety i sprawiedliwym rozdziałem dóbr?
Ten wirus jest dla mnie potężnym znakiem – z jednej strony, że tak dalej być nie może, ale z drugiej – znakiem pozytywnym, że wszystko jest dla nas, dla całej ludzkości możliwe, możemy żyć inaczej, możemy zmienić nasz styl życia, wszyscy, naprawdę wszyscy, tak jak zmieniliśmy go teraz, w związku z epidemią. Wszystko jest możliwe, wystarczy odpowiednia motywacja i samodyscyplina, a także odpowiednie działania państw i organizacji międzynarodowych. Wystarczyłoby jedynie żyć tak, jak dziś żyjemy: w umiarkowaniu, w samoograniczeniu, oszczędnie i bez luksusów, a znajdzie się sposób na zrównoważony rozwój dla wszystkich mieszkańców planety w solidarności z ubogimi, w dbałości o sprawiedliwy podział dóbr i bez konieczności dewastacji całej planety. To nie wymaga od nas heroizmu, lecz zmiany wartości, zmiany stylu życia, co – jak widać dziś – wcale nie jest trudne. Wszystko można jeszcze ocalić: i zwierzęta, i planetę, i nasze życie w pełni sensu i sprawiedliwości, i nas samych. Znajdźmy sposób na to, by wszystko zmienić, póki jeszcze nie jest za późno.

